Są ludzie, którzy potrzebują sporo czasu, żeby oswoić się z obiektywem – co jest oczywiście naturalnym zjawiskiem.Jednak  Ola i Kuba nie należą do tej grupy ludzi. Wpadli na sesję z ogromnym luzem, masą energii i gotowością na wszystko. Dzięki temu bardzo szybko przestałem być fotografem, a stałem się po prostu obserwatorem ich świata.

Zaczęliśmy w ich mieszkaniu, gdzie od samego początku całe zamieszanie kontrolowała Figa, ich czworonożna asystentka. Co chwilę pojawiała się w kadrze, bo : Halo! ja tu jestem gwiazdą w tym domu! I całe szczęście, bo właśnie takie nieprzewidziane momenty najczęściej kończą się najlepszymi zdjęciami.

Niestety kolejny raz nie przyjechałem z listą póz ani pomysłów do odtworzenia 😉 . Wolę obserwować niż ustawiać. Na sesji oczywiście, że trzeba coś zaaranżować, rzucić absurdalny pomysł, aby pomiędzy scenami wydarzyło się coś zupełnie naturalnego. Najciekawsze kadry zwykle powstają właśnie wtedy, kiedy nikt już nie myśli o zdjęciach.

Później zmieniliśmy otoczenie na bardziej surowe i industrialne. Miejsce było inne, ale atmosfera pozostała taka sama. Wygłupy miksowane się z czułymi gestami, śmiechem i chwilami ciszy. Ola i Kuba byli po prostu sobą. Bez odgrywania romantycznych scen i bez udawania epickiej miłości wszechczasów na obrazkach.

Tak właśnie rozumiem sesję narzeczeńską. Nie jako pokaz idealnych póz, ale spotkanie, podczas którego powstają zdjęcia opowiadające o ludziach. O ich charakterze, emocjach i relacji. To coś znacznie więcej niż ładne kadry.

Jeżeli zdecydujecie się na taką sesję, zróbcie ją dla siebie. Nie po to, żeby przećwiczyć ślub, ale żeby zatrzymać kawałek codzienności. Bo kiedy odpuścicie kontrolę i pozwolicie sobie być sobą, zdjęcia zrobią się niemal same.

Privacy Preference Center