Ludzie często próbują zamknąć reportaż ślubny w jakiejś checkliście. Przygotowania, ceremonia, pierwszy taniec, tort, parkiet. Wszystko „ma być”. Tylko, że to tak nie działa. To, że dzień ma podobny przebieg, nie znaczy, że zdjęcia będą podobne. Bo tu nie chodzi o punkty programu, tylko o to, kto stoi za aparatem. Oczywiście są artyści na rynku, którzy realizują fotografię ślubną wg wypracowanego schematu i nie ma przestrzeni na spontaniczność bo te sprawdzone kadry trzeba wypracować przez obie strony.
Na ślubie Magdy i Mateusza udało się przeprowadzić fascynujący (dla mnie :)) eksperyment. Pracowałem równolegle z ekipą foto-video – wspaniali ludzie o zupełnie innym spojrzeniu na ślub. Ten sam dzień, te same momenty, często dosłownie obok siebie. A mimo to finalnie powstały dwa różne reportaże.
Każdy z nas patrzy inaczej. Wybiera inne sytuacje, inaczej reaguje, inaczej buduje kadr. Jednego interesuje szeroki plan i kontekst, drugi wchodzi bliżej i szuka detali. Ktoś fotografuje główną akcję, ktoś inny skupia się na tym, co dzieje się obok. I nagle okazuje się, że z jednego wydarzenia można opowiedzieć dwie różne historie.
Tu działo się sporo. Dużo ludzi, dużo ruchu, sporo atrakcji. Nie da się być wszędzie, więc trzeba wybierać. I właśnie te wybory robią cały reportaż.
Mój materiał to moja wersja tego dnia. Drugi fotograf zrobił to po swojemu, wg własnego stylu. I to jest w tym najciekawsze. Bo reportaż ślubny to nie jest zestaw ujęć do odhaczenia, tylko interpretacja. Nawet jeśli wszystko dzieje się dokładnie tak samo.















































































